FELIETON: z teczki szkodowej Tomka: z życia kierowcy czyli niespodzianki na drogach

Do tej pory pisaliśmy o towarzystwach ubezpieczeniowych i ich pomysłach, nierzetelnych warsztatach. Dziś będzie o kierowcach. Z życia, edukacyjne i ku przestrodze. Ale do sedna. Najpierw stan faktyczny, później refleksje.

Podróżowałem sobie z naszego zaprzyjaźnionego serwisu samochodowego w Jędrzejowie (świętokrzyskie) do domu. Było już późne popołudnie, nie spieszyłem się a nawet pozwoliłem sobie na obserwację przyrody wokół. Podróż przebiegała bez zastrzeżeń, tym bardziej że była to nasza droga S-7. Po tym jak minąłem Węzeł Jaworznia, w okolicach Kielc, jadąc prawym pasem ruchu, zauważyłem że kierowca poruszający się przede mną lewym pasem, wykonał gwałtowny manewr korekty toru jazy i zjechał na pas prawy. Byłem dość daleko od niego więc dla mnie nie stworzyło to żadnego zagrożenia. Kierujący pojechał dalej, nie zatrzymując się. Ale…. Ale zawsze pozostaje to „ale”. Kiedy zbliżyłem się do miejsca manewru wykonanego przez kierowcę jadącego przede mną ukazał mi się mało sympatyczny widok. Na lewym pasie jezdni leżał dużych rozmiarów martwy pies. Nie był on ofiarą jadącego przede mną. Najprawdopodobniej zginął pod kołami jakiegoś auta jadącego wcześniej.

Zatrzymałem się zabezpieczyłem miejsce zdarzenia i zadzwoniłem na numer 112. Operator wykazał się bardzo dużą rzeczowością. Poprosił o zabezpieczenie miejsca, ale przy zachowaniu szczególnej ostrożności. Poinformował, iż przekazuje sygnał stosownym służbom. Jako, że miałem chwilę mogłem zerknąć na to co się stało. Pies mieszaniec ok. 25 kg. Na szyi obroża i resztki łańcucha. Wokół płyny ustrojowe zwierzęcia. Pies zerwał się komuś. Może nawet pilnował gospodarstwa. Dalej plama na asfalcie. Na szczęście tylko płyn chłodniczy. Dość duża ilość plastików. Widać było, że kierowca pomimo uszkodzeń pojechał dalej a w tzw. międzyczasie kilkanaście przejeżdżających samochodów. Zabezpieczałam pas lewy, ten powiedzmy szybszy, jednak spotkałem się wręcz z atakami jawnej agresji. Kierujący trąbili, a nawet nie robili sobie nic i jechali na tzw. trzeciego. Nikt się nie zatrzymał i z empatii nie zapytał co się stało, czy może mi pomóc. Jednak nie miałem zbyt dużo czasu na rozmyślania i dalsze badanie terenu.

Radiowóz Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Miejskiej Policji w Kielcach był na miejscu po 12 minutach od momentu zgłoszenia. Uważam, że to bardzo  dobry czas reakcji. Funkcjonariusze profesjonalnie podeszli to sprawy. Zabezpieczyli miejsce zdarzenia, i w czasie gdy jeden z nich zgłaszał dyżurnemu potrzebę poinformowania zarządcy drogi i usunięcia przeszkody, drugi sprawdzał pozostawioną na jezdni ciągnącą się plamę i czy nie ma potrzeby informowania innych służb celem jej neutralizacji. Na szczęście potrzeby takiej nie było. Po wstępnych oględzinach funkcjonariusze przyznali iż padły pies, stwarzał realne zagrożenie bezpieczeństwa ruchu drogowego, tym bardziej że zwierzę było duże, droga szybkiego ruchu, i zaczął zapadać zmrok. O ile duże pojazdy nie zostałyby uszkodzone po najechaniu na przeszkodę, o tyle samochody mniejsze mogłyby wyjść z tego spotkania z uszkodzeniami. Pozostaje jeszcze gwałtowna zmiana toru jazdy, w celu ominięcia przeszkody, co widziałem wcześniej. Pracownicy zarządcy drogi poinformowani przez dyżurnego Policji zjawili się po ok. 20 min. Uważam, że to także bardzo dobry czas reakcji. Sprzątnęli zwierzę, usunęli elementy uszkodzonego pojazdu, które prawdopodobnie w nie uderzyło. Po ok. 30 minutach było po wszystkim. Na całe zdarzenie poświęciłem maksymalnie 40 minut. Mam cichą nadzieję, że te 40 minut to był czas który pozwolił na uratowanie zdrowia, czy może czyjegoś życia, a może tylko uchroniło przed rozbiciem jakieś auto. Zapewne ktoś zaraz pomyśli bądź skomentuje: „po co ten cały cyrk z Policją i służbą zarządcy. Trzeba było ściągnąć psa na pobocze i po problemie”. Już tłumaczę. Od pewnych rzeczy są stosowne służby. Zwierzę było we własnych płynach ustrojowych. Nie wiem czy było zdrowe. Ja zdrowie i życie mam jedno. Poza tym takie zwierzęta podlegają utylizacji, a nie ściąganiu na bok, gdzie gnijące truchło mogłoby być zachętą dla kolejnych zwierząt – padlinożerców a co za tym idzie ich odwiedzin i stwarzaniu kolejnych niebezpieczeństw dla użytkowników drogi.

Nie zmienia to faktu, że kierowca który uśmiercił tego psa pojechał dalej, nie informując o tym stosownych służb narażał innych użytkowników tej drogi na różne niebezpieczeństwa. Tym bardziej jest to dziwne, przynajmniej dla mnie, ponieważ miał roszczenie odszkodowawcze względem właściciela zwierzęcia. Jak interpretować zachowanie kierowców, którzy przejeżdżali obok tej przeszkody, włącznie z tym kierującym przede mną? Pomyśleli pewnie, że problem ich nie dotyczy. I pojechali dalej. Refleksja jest też inna. Jak by się zachowali gdyby jednak dotyczył ? Psioczyli by na tych co jechali wcześniej ? Ale to już zostawiam pod Państwa indywidualne przemyślenia.

I tak na koniec: duża ilość poruszających się pojazdów po naszych drogach powoduje, że pozostają po nich różne niespodzianki. Uszkodzone opony, rozsypane ładunki, rozlane płyny eksploatacyjne, czy inne. Nie pozostawajmy obojętni na takie niespodzianki na drodze. O ile przy zachowaniu należytej ostrożności nie jesteśmy w stanie sami usunąć bezpiecznie takiego przedmiotu, poinformujmy stosowne służby. Może kogoś uchronimy przed nieszczęściem. Być może będzie też tak, że to ktoś uchroni kiedyś nas.

Felieton ten nie powstał aby gloryfikować swój, uważam normalny odruch ale po to aby zwrócić Państwa uwagę na problem z życia wzięty.

Życząc bezpiecznych dróg i licząc na Państwa komentarze i dyskusję.

Z eksperckim pozdrowieniem,

Tomasz Szydlak, Ekspert PIM